– Ma pan na myśli głodnych i bezdomnych? No cóż, rozumie się, że i o nich nie

- Dobrze, Santos. Rozumiem. I proszę cię tylko o jedno... Musisz podjąć decyzję. Niekoniecznie teraz. Wiem, że nie jest ci lekko, ale chciałabym, żebyś wziął to pod uwagę. Santos... pomyśl o nas... - Położyła dłonie na jego ramionach. - Myślę, że moglibyśmy być szczęśliwi, ułożyć sobie życie, we dwoje. Nie od razu, ale muszę wiedzieć, że kiedyś tak będzie... Kocham cię – powtórzyła i pogłaskała go delikatnie po policzku. - Wiem, że twoje uczucia nie są aż tak głębokie, ale myślę, że to się zmieni. Nie walcz z uczuciami, Santos. Obiecuję, że cię nie skrzywdzę. I że zawsze będę twoja. Na pewno wszystko się ułoży i będziemy... szczęśliwą rodziną.
Po chwili usłyszał odgłosy dobiegające z jednego z pokoi i domyślił się, że to Klara rozpakowuje swoje rzeczy. To mu poprawiło nastrój. Dziecko też rozejrzało się wkoło, wyraźnie na kogoś czekając.
Skinęła głową.
- Później się tym zajmę - powtórzył z niechęcią. – Nie potrzebuję twojej pomocy.
- Jej matka i Nasz Pan zadbają, by więcej nie błądziła.
Od pierwszego wejrzenia wydała się Santosowi antypatyczna: patrzyła na niego z wyraźną odrazą, jakby zobaczyła przed sobą płaza albo gada, który nagle wypełzł spod kamienia. W jej twarzy był jakiś chłód, zaciętość. I wyniosłość.
niej tłumek starszych kobiet.
Najwyraźniej już ochłonął z gniewu. Sama nie była pewna, dlaczego tak się upierała.
W tym momencie w progu stanął lord Kilcairn.
- Nie jestem taka, jak tamte. Na pewno nie.
Lucien miał na końcu języka taką samą odpowiedź, ale nie zamierzał popierać ciotki.
- Cudownie smakujesz - powiedział.
Wiedział, do kogo skierowała ostatnie słowa. Guwernantka, kochanka czy
- Co? - spytał, podnosząc się z podłogi.

to z pewnością majaczenia, ale coś w chatynce w tę noc najwyraźniej się wydarzyło. Jak on

- Mam prawie dwadzieścia cztery lata i chyba już nie jestem dziewicą - stwierdziła,
dostaną po mnie wszystko.”
w ogóle jej nie było.

Skinęła głową, a ojciec mówił dalej:

jasne. Lampe zaś to uczony, w dodatku zajmujący się dziwnymi, graniczącymi z szarlatanerią
to nie wystarczało. Znowu opanowały ją złe przeczucia. Nagle zrobiło jej się przeraźliwie
13

Mój pracodawca, który mnie przywiózł, był równie uprzejmy jak poprzednio, a wieczorem tego samego dnia zostałam przedstawiona jego żonie i dziecku. Otóż nic się nie potwierdziło, panie Holmes, z przypuszczenia, której nam się wydawało prawdopodobne w pańskim mieszkaniu przy Baker Street. Pani Rucastle nie jest wariatką. To milcząca kobieta o bladej twarzy, znacznie młodsza od męża, mającą według mnie niewiele ponad trzydziestkę, podczas gdy on niewątpliwie ma około 45 lat. Z ich rozmów zmiarkowałam, że są po ślubie od lat siedmiu, on natomiast był wdowcem, a jego jedynym dzieckiem z pierwszego małżeństwa jest córka, która wyjechała do Filadelfii. Pan Rucastle powiedział mi w zaufaniu, że przyczyną wyjazdu córki była nieuzasadniona niechęć do macochy. Ponieważ córka nie mogła mieć mniej niż dwadzieścia lat, łatwo mi było sobie wyobrazić, że jej położenie przy boku młodej żony ojca nie było miłe.

Nie. Tam było ciemno, ale nie tak, nie absolutnie ciemno, jak w trumnie.
– Bo co jest w kobietach najczarowniejsze? Nieskończona różnorodność. I ja z każdą,
biednej istoty, przez wszystkich gnębionej i ubogiej duchem, która tylko tobie jednemu na